Quantcast

26.09.2013

Dinozaur

Wychodząc wieczorową porą z redakcji, z bankomatu stojącego tuż przy klubie Shot Me wyciągałem niewiele warty banknot. Z nieatrakcyjnego ekranu wyświetlającego saldo mojego rachunku…

…wzrok uciekł mi przez przeszkloną ścianę na długonogą blond piękność, poruszającą się po klubie. Tak się jakoś złożyło, że z dziennikarskiego obowiązku wszedłem do środka, gdzie dopadł mnie straszny widok… Bynajmniej nie chodzi o to, że szklana ściana klubu przekłamywała zmysły. Po wejściu do środka spostrzegłem, że większość ludzi spotykających się ze sobą przy stolikach siedzi z oczami wlepionymi w swoje tablety i netbooki. Usiadłem. Błyskawicznie pojawiła się przy mnie wspomniana piękność. Gdy zapytała, czy czegoś sobie życzę, natychmiast włączył mi się simlock w postaci obrączki na palcu, który uruchomił w Full HD wizualizację lania, jakie dostałbym w domu, gdybym odpowiedział inaczej niż poproszę kawę. Zatopiłem wzrok w jej kołyszące się krągłości, a gdy zniknęła gdzieś za barem, w okrutną samotność ludzi…

Jestem w wieku chrystusowym, zatem do cholery – nie taki stary, żebym pisał Wam, za moich czasów, kiedy ludzie szli ze sobą do knajpy, patrzyli sobie w oczy, na biusty i wdzięki koleżanek tudzież innych nieznanych atrakcyjnych istot. Rozmawiali ze sobą. Dzięki Bogu, w taki sam staroświecki najwyraźniej sposób, spotykam się z zaprzyjaźnionymi dinozaurami. Wyłączamy telefony, albo przynajmniej wyciszamy i nie wyjmujemy z toreb, plecaków swoich tabletów, laptopów. Rozmawiamy. Wspominamy. Uwodzimy się. Żartujemy. Płaczemy. Pijemy. Trzeźwiejemy. Nie ma w tym ani pół kilobajta. Ani jednego piksela! Tak było w czasach, kiedy zdawaliśmy maturę. Komórka z monochromatycznym ekranem czy laptop były jedynie w sferze marzeń, a tablety śniły się co najwyżej konstruktorom korporacji IT. Dziś jest zdecydowanie inaczej. Lepiej? Gorzej? Nie wiem. Wiem, że nie rozumiem…

Nie rozumiem, jak można iść do klubu z fajną dziewczyną, zamówić drinki i gadać z nią przez tablet ? jak wynikało z mojej obserwacji jednej parki, na oko 20-latków. Wspomniani siedzieli naprzeciw siebie i komentowali wzajemne polubienia. Toczyli spory o to, dlaczego któreś z nich czegoś nie polubiło oraz o to, dlaczego któreś z nich nie wysłało zaproszenia na wydarzenie. Pomyślałem przez chwilę o ich życiu erotycznym i… I przyszła moja… kawa. Gdy zapytała, czy życzę sobie czegoś jeszcze, obrączka natychmiast ponownie wyświetliła w Full HD domową agresję Szanownej Małżonki. Z trudem wybełkotałem nie dziękuję.

Uciekając wzrokiem z jej biustu zauważyłem chłopaka siedzącego przy stoliku obok. Rzecz jasna zamiast wpatrywać się w niekwestionowany cud natury, metroseksualnie wlepiał ślepia w swojego iPada. Pomyśałem „może gej”?. Postanowiłem sprawdzić, puszczając mu kilka razy wymownie oczko. Reakcja była natychmiastowa. Zniesmaczony usiadł plecami do mnie. Więc nie gej! Więc co do cholery się dzieje z naszym społeczeństwem, że młody i zdrowy facet bez towarzystwa, zamiast wodzić wzrokiem za równie młodymi i ciekawymi kobietami, gapi się w swój tablet i tak spędza wieczór. Płaci rachunek i wychodzi! Świat się kończy! Piekło zamarza!

Wspomniane młode i ciekawe dziewczyny, też jakby z innej planety niż te z moich czasów. Tak samo jak wspomniany, siedzą w klubie pełnym ciekawych facetów z nosami w swoich netbookach. Jak jedna z obserwowanych dam, która po godzinie wirtualnych spotkań na Facebooku, zapłaciła i wyszła, kompletnie nie zwracając uwagi na facetów w klubie…

Pamiętam, że kilka lat temu obcy sobie ludzie w klubach poznawali się dzięki swoim urządzeniom przez Bluetooth. Dziś można zainstalować się publicznie na Facebooku w konkretnym miejscu i… o zgrozo – zamiast przejść z relacji wirtualnych na realne, młodzi których obserwowałem, pozostawali przy swoich stolikach, czatując ze sobą w sieci.

Wyszedłem z klubu zastanawiając się czy już czas umierać? Po powrocie do domu ucieszyłem się, że mam do kogo się odezwać. I że to nie jest kot. Choć Szanowna Małżonka z drzwi siała agresję za zapchaną umywalkę, którą miałem udrożnić ze trzy dni temu, groźby karalne wychodzące z jej ust były piękne niczym „Pieśń o szczęściu” Baczyńskiego.

Poprzedni artykuł

Komentarze

top